Nowotwór
(łac. neoplasma, skrót npl) - grupa chorób w których komórki organizmu
dzielą się w sposób niekontrolowany przez organizm, a nowo powstałe
komórki nowotworowe nie różnicują się w typowe komórki tkanki. Utrata
kontroli nad podziałami jest związana z mutacjami genów kodujących
białka uczestniczące w cyklu komórkowym: protoonkogenami i
antyonkogenami.
Mutacje te powodują, że komórka wcale lub niewłaściwie
reaguje na sygnały z organizmu. Powstanie nowotworu złośliwego wymaga
kilku mutacji, stąd długi, ale najczęściej bezobjawowy okres rozwoju
choroby. U osób z rodzinną skłonnością do nowotworów część tych
mutacji jest dziedziczona. (wikipedia)
Dowiedz się, na przykładzie autentycznych wydarzeń, jak
pokonać RAKA w 90 dni.
Przeczytaj, co ma do powiedzenia osoba,
która pokonała nowotwór złośliwy.
Nazywam się Marek Kidziński, urodziłem się 9 lipca 1983 roku w
Dzierżoniowie wraz z bratem bliźniakiem, Michałem. Jestem spod znaku
Raka. Dzieciństwo miałem bardzo dobre, rodzice o nas bardzo dbali,
kochali nas, zresztą jest tak do dzisiaj. Mieliśmy z bratem kochanych
dziadków, którzy niestety odeszli w 2002 roku oraz ciotki, które
zawsze o nas pamiętały i zarzucały nas różnymi prezentami. Szkołę
podstawową tak jak mój brat ukończyłem z wyróżnieniem, a później
ukończyłem Liceum Techniczne w Zespole Szkół Radiotechnicznych w
Dzierżoniowie. Mój brat uczęszczał do tej samej szkoły, tyle tylko, że
do technikum. Zdałem też maturę i nie kontynuowałem nauki. Do 21 roku
życia nie przechodziłem poważniejszych chorób.
Pod koniec 2004 roku
na wysokości pasa z tyłu i po prawej stronie z przodu zacząłem
odczuwać niewygodę. Po mniej więcej miesiącu do dwóch niewygoda
pojawiła się również po stronie prawego jądra. Trwało to do maja 2005
roku. Nie poszedłem od razu do lekarza, aby zrobić badania, co to może
być. Jądro do tego czasu zrobiło się o wiele większe i odczuwałem już
bóle w okolicy pasa. Pokonać raka - W związku z tym, że kilka
lat wcześniej odczuwałem bóle z powodu korzonków a niewygoda, którą
odczuwałem, była tych okolicach, więc myślałem, że to właśnie od tego.
Największe odczułem jakiś tydzień przed świętami Wielkanocnymi i wtedy
właśnie udałem się do lekarza, który podszedł do mojej dolegliwości
dość obojętnie, stwierdzając na zasadzie wróżby, że jest to
najprawdopodobniej piasek w moczowodzie i obrzęk na jądrze jest
właśnie tego skutkiem. Była to pani doktor, która poradziła mi, abym
przyszedł po świętach, jeśli ból nie ustąpi i wtedy skieruje mnie na
badanie USG, ponieważ teraz, jak stwierdziła, nie ma miejsc.
Otrzymałem receptę na tabletki przeciwbólowe i w zasadzie byłem
zadowolony z diagnozy, bo w sumie chciałem usłyszeć, że to nic
poważnego i wierzyłem w to, że kilka tabletek załatwi sprawę. Jak się
później okazało, było to błędne myślenie. Tak więc po zażyciu tabletek
ból dosyć szybko ustąpił. Święta minęły, a ja już nie miałem takich
dolegliwości bólowych jak wcześniej.
Mimo że obrzęk nie pomniejszył się, ale i tak dla mnie było to
wystarczające wytłumaczenie, żeby nie iść do lekarza po skierowanie.
Tym bardziej że zawsze niechętnie tam chodziłem - właściwie też
dlatego, że się nie przyzwyczaiłem, bo po prostu mało chorowałem, a
drugą sprawą było lenistwo. Ogólnie nie postąpiłem najlepiej - jak się
okazało później.
W momencie, kiedy zacząłem odczuwać dolegliwości związane z jądrem
stałem się bardzo nerwowy, wybuchowy, nie mogłem dogadać się ani z
bratem ani z rodzicami. Czasem sam się nie poznawałem i zastanawiałem
się, dlaczego tak się zmieniłem. Dużo tez zacząłem palić papierosów,
jak również pić więcej alkoholu. Nie słuchałem rad brata ani rodziców,
którzy mi nic złego nie mówili, bo przecież widzieli, co się dzieje i
chcieli dobrze. Wiem, że ich to bardzo bolało. Teraz wiem, dlaczego
tak się działo. To choroba, która podstępnie wkradła się do mojego
organizmu poczyniła takie zmiany.
POKONAĆ NOWOTWÓR
Ale wróćmy do kwietnia 2005 roku. Mniej więcej w połowie tego
miesiąca dostałem powołanie do wojska. Kiedy je otrzymałem, pierwsze
co zrobiłem to napisałem wniosek o służbę zastępczą. Ale gdy
dowiedziałem się, jakie trzeba spełnić warunki i jak wygląda oraz ile
trwa służba zastępcza zmieniłem zdanie. I tak pojechałem pod koniec
kwietnia do WKU w Świdnicy, ponieważ dostałem kilka dni na
zastanowienie się i zdecydowałem, że jednak będzie to służba
zasadnicza. Okazało się, że 4 maja 2005 roku o godzinie 1000 mam się
stawić do Jednostki Wojskowej nr 2399 w Świętoszowie.
Nie ukrywam, że miałem dużą niechęć do służby wojskowej od kiedy
ukończyłem szkołę średnią w 2002 roku. Tak więc przez trzy lata miałem
trochę stresu a jak się później okazało, było to przyczyną szybszego
postępowania choroby, ponieważ nowotwór po prostu kocha stres.
Tak więc rano 4 maja pojechałem wraz z tatą i właściwie sam się
odwiozłem do Świętoszowa. Tato pojechał, a ja zostałem za bramą. Może
nie dla każdego, ale na pewno dla przynajmniej połowy ludzi, którzy
tam trafiają, jak i dla mnie, wejście za bramę i kilka pierwszych dni
było niezłym szokiem. W co wcześniej ciężko było mi uwierzyć jak
słyszałem to od znajomych i kolegów, którzy już tam byli.
Była to środa, a już w niedzielę przyjechali do mnie rodzice w
odwiedziny. Nie do końca jednak miałem dobre samopoczucie, ponieważ
wiedziałem, że nie jest ze mną do końca OK - jeśli chodzi o mój stan
zdrowia. To mi dosyć mocno przeszkadzało w normalnym funkcjonowaniu.
LECZENIE RAKA, OBJAWY NOWOTWORU
Po prawie dwóch tygodniach pobytu w jednostce i po rozmowie z tatą
doszedłem do wniosku, że mam przepuklinę i zapisałem się do lekarza.
Lekarz w Garnizonowej Izbie Chorych stwierdził zapaleniejądra.
Przyznam, że może to dziwnie zabrzmieć, lecz nie byłem specjalnie
zadowolony. Nie dlatego, że byłem chory, tylko dlatego, że zapalenie
nie jest bardzo poważnym schorzeniem a ja chciałem po prostu szybciej
zakończyć swoją „karierę” w wojsku i miałem nadzieję, że jest to coś
poważniejszego. Od lekarza wojskowego usłyszałem, że przepuklina nie
zwalnia mnie z obowiązku odbycia służby wojskowej i dosyć krótko (bo
około dwóch tygodni) trwa rekonwalescencja, jednak zawsze przepuklina
jest poważniejsza niż zapalenie (przynajmniej poważniej brzmi) i tak
myślałem w tamtej chwili.
Tak więc zostałem na izbie chorych. Był poniedziałek 16 maja i byłem
tam do 24 maja. W tym czasie byłem cztery razy w 105 Szpitalu
Wojskowym w Żarach, gdzie musiałem zrobić kilka badań. Pierwszym razem
19 maja byłem tylko u pani doktor - urolog, która po zbadaniu
skierowała mnie na USG moszny, które zrobiłem dopiero następnego dnia
i po tym badaniu stwierdzono u mnie wodniaka jądra prawego, co dało mi
wiele do myślenia, ale pielęgniarka na wspomnianej wcześniej izbie
chorych uspokoiła mnie, mówiąc że to nie jest aż takie poważne, jak
myślałem. Jednak trzeba to szybko zacząć leczyć, bo skutkiem może być
bezpłodność.
BADANIA RAKA
Później miałem dwa dni przerwy, gdyż był weekend, tak więc
niepewność trwała dwa dni, niby krótko, ale w mojej sytuacji trwało to
naprawdę długo. Ale bardzo nie byłem przejęty, bo właściwie jeszcze
nic złego się nie wydarzyło, a ja cały czas starałem się jak najwięcej
być dobrej myśli. W niedzielę odwiedzili mnie rodzice. Przywieźli mi
telefon, żebyśmy mieli ze sobą cały czas kontakt, bo jednak do
Świętoszowa był kawałek drogi, a chciałem, by rodzina była na bieżąco
z tym, co się ze mną dzieje.
W poniedziałek miałem już badanie krwi, które jak się okazało miało
już wiele wyjaśnić. Na wyniki czekałem około dwie godziny i w ogóle
nie myślałem, że może być coś nie tak. Ale gdy je otrzymałem byłem
pewny, że nie jest dobrze, ponieważ wyniki wybiegały w ogóle poza
normy, a utwierdziła mnie w tym pani urolog, u której miałem wizytę po
otrzymaniu wyników. Oznajmiła mi, że jądra nie da się już uratować i
konieczna jest amputacja. Tak więc było już jasne, że jest to nowotwór
jądra. Jak można zauważyć, zaznaczyłem wszystkie diagnozy, które
usłyszałem od lekarzy i jedną, którą stworzyłem sam po rozmowie z
tatą. Zrobiłem to po to, żeby pokazać, jak ważne jest to, do kogo
trafimy(chodzi mi o lekarza), co usłyszymy i co zrobimy z tą
informacją, czy ją zlekceważymy, czy nie. Tak więc gdyby nie działo
się to w wojsku, to nie wiem, jaki byłby koniec.
Ale wracając do poprzedniej myśli. Pamiętam, że zapytałem, jakie są
szanse na przeżycie i muszę powiedzieć, że odpowiedź pani doktor
ucieszyła mnie, ponieważ usłyszałem, że wyleczalność jest na poziomie
powyżej 90%. Zostałem jeszcze skierowany na RTG (rentgen) klatki
piersiowej i USG jamy brzucha. USG niestety musiałem zrobić dopiero
następnego dnia, ponieważ kolejka była tak duża, że niestety już bym
nie zdążył. Dowiedziałem się również, że operacja odbędzie się albo we
Wrocławiu albo w jakimś okolicznym szpitalu (okolice Świętoszowa).Po
przyjeździe na GICH wróciłem na swój pododdział, ale następnego dnia
czekał mnie ostatni wyjazd do Żar na ostatnie badanie. USG jamy
brzucha wykazało, że mam powiększone węzły chłonne a RTG klatki
piersiowej było w porządku, a więc z nie najgorszym nastrojem wróciłem
do kolegów z plutonu i kontynuowałem przygotowania do Przysięgi
Wojskowej, na której zresztą mnie, jak i kilku żołnierzy, którzy
przebywali na izbie chorych miało nie być. Jednak dopuszczono nas i 27
maja 2005 roku zostałem zaprzysiężonym żołnierzem Wojska Polskiego.
Była piękna pogoda i chyba taki gorący dzień już się nie zdarzył tego
lata. Po przysiędze wraz z rodziną, bo niestety nikogo innego nie
zapraszałem, gdyż jak napisałem wcześniej sam nie wiedziałem, jak moja
przysięga będzie wyglądać, przyjechałem do domu. Przepustkę miałem do
30 maja 2005 roku. Wyniki, które, jak wcześniej napisałem, robiłem w
szpitalu w Żarach były bardzo złe. Ale i tak w tej chwili nie
martwiłem się aż tak bardzo, tylko chciałem jak najlepiej spędzić te
trzy dni wraz z rodziną, tym bardziej, że po tych trzech dniach, gdy
wrócę do Świętoszowa a później trafię do szpitala to długo mnie w domu
nie będzie.
POKONAĆ RAKA - W WOJSKU?
Po powrocie do jednostki znów przebywałem na izbie chorych. Tak było
do 2 czerwca, kiedy to lekarz z jednostki wojskowej załatwił mi
miejsce w Klinice Wojskowej we Wrocławiu, gdzie sanitarką
zostałem przywieziony. Znalazłem się na oddziale urologii, gdzie
czekałem na zabieg. Pierwszy dzień praktycznie przeleżałem. Sytuacja
na oddziale wyglądała tak, że nie było tam nikogo, kto byłby chociaż w
zbliżonym wieku do mnie, tak więc na początku nudziło mi się
strasznie. Wieczorem odwiedzili mnie rodzice, którzy byli akurat tego
dnia również we Wrocławiu z Łokusiem (zdrobnienie od imienia Łoker z
ang. Walker, był to piesek rasy Moskiewski Pies Stróżujący), którego
wyniki też najlepiej nie wyglądały. Muszę tu dodać, że był to piesek
znaleziony przez mojego tatę, ale niestety nie chodził o własnych
siłach. Tak więc rodzina miała niestety trochę zmartwień a najgorsze
jest to, że wszystko działo się w tym samym czasie. Ja byłem pewny, że
piesek się nie podda, bo już nieraz udowodnił, że stać go na wiele
więcej niż większość psów.
Następnego dnia na porannym obchodzie ordynator stwierdził bez
zastanowienia, że operacja musi się odbyć jak najszybciej a poza tym
stwierdził, że ja ukrywałem chorobę po to, żeby dostać się do wojska.
Dodał jeszcze, że chce się widzieć z moimi rodzicami. Natomiast zabieg
miał się odbyć w poniedziałek. Tak więc w sobotę i w niedzielę
czekałem i coraz więcej myślałem. W tym samym dniu tj. 3 czerwca
dowiedziałem się od lekarza, który jak się później okazało był synem
ordynatora i miał mnie operować, tyle tylko, że tym razem dosłownie,
że jest to rak. Powiedział to w taki sposób, że niestety nie poczułem
się najlepiej. Piszę to dlatego, że dopóki taka osoba jak lekarz tego
nie powie jest jeszcze w miarę OK (tak było w moim przypadku), ale gdy
się tą informacje usłyszy to niestety człowiek nie wie, co ma ze sobą
zrobić ani co ma myśleć. W moim przypadku
trwało to na szczęście krótko. Tego samego dnia późnym popołudniem
przyjechał do mnie mój tato. Dość długa rozmowa z nim bardzo dużo mi
dała. Podczas niej dowiedziałem się bardzo ważnej rzeczy, o której
gdzieś kiedyś słyszałem, ale nie przywiązywałem do tego zbyt dużej
wagi, jako że będąc zdrowym uważałem po prostu, że jest mi to do
niczego nie potrzebne. Było to mianowicie zdanie, które miałem
powtarzać minimum 20 razy, 2 razy dziennie. Pamiętam, że tato
powiedział mi wtedy, żebym nie robił tego tak, jakbym czytał gazetę,
tylko tak, żeby za każdym razem to, co mówię we mnie wchodziło. Zdanie
to brzmiało tak: „Z każdym dniem i pod każdym względem czuje się coraz
le piej i lepiej” . W sumie proste, ale nie wiedziałem jeszcze wtedy,
jaką ta fraza wykonuje pracę w mojej psychice. Oczywiście na plus.
Dlatego już z dużo lepszym nastawieniem czekałem na zabieg, tym
bardziej, że frazę tą powtarzałem kilkaset razy dziennie, co dopiero
sobie uświadomiłem po jakimś czasie, gdyż na co dzień tego nie
liczyłem. Daje to naprawdę niesamowity efekt. Z każdym dniem czułem i
wiedziałem coraz bardziej, że wszystko będzie OK. Jest to pierwszy raz
(oczywiście mowa tu o okresie, kiedy byłem chory), kiedy to mój tato
będąc osobą mającą bardzo dużo informacji i wiedząc, że mi to pomoże
bez wahania powiedział, co mam robić. Bo jest ważną rzeczą, żeby przy
osobie, która jest w podobnej sytuacji był ktoś, kto zachowa „ zimną
krew” i wie co powiedzieć, doradzić.
Zabieg odbył się 06.06.2005 roku. W przeddzień zabiegu miałem
rozmowę z anestezjologiem, który na koniec powiedział mi mniej więcej
takie zdanie: „Usunięcie jądra to nie jest problem, problem jest
dopiero później”. Dlatego między innymi tak ważna jest psychika, żeby
po czymś takim nie załamywać rąk, tylko taką wiadomość traktować tak,
aby spłynęła po nas jak po kaczce. Tak więc efekt autosugestii był
bardzo szybki. Trzeba jednak pamiętać, żeby robić to z zaangażowaniem,
a nie od niechcenia.
Od 6 czerwca wszystko w moim życiu zaczęło się dziać bardzo szybko.
Dodam jeszcze, że zabieg skończył się około godziny 12 w południe a ja
musiałem praktycznie nieruchomo leżeć do rana następnego dnia. Po
zabiegu nafaszerowany środkami przeciwbólowymi, bo ból był
niewyobrażalny, poza tym czułem się dość dobrze. Mimo tego, że przez
dwa dni gorączkowałem. Po dwóch dniach od zabiegu doszedł do tego
okropny, ból głowy, a bolało szczególnie wtedy, gdy nie leżałem. Była
to odpowiedź na znieczulenie, które przed operacją dostałem w
kręgosłup (tzw. „blokada”). Znieczulenie to powoduje brak
jakiegokolwiek czucia od pasa w dół i trwa od 3 do 4 godzin.
10 czerwca opuściłem klinikę we Wrocławiu i ponownie udałem się
ambulansem wojskowym do Świętoszowa na GICH(Garnizonowa Izba Chorych).
Opiekę tam ogólnie miałem dobrą. Teraz od momentu zabiegu przez dwa
tygodnie czekałem na wyniki badań z amputowanego jądra (wyniki badań
histopatologicznych). Miałem mieszane uczucia co do tego, czy był to
nowotwór złośliwy czy łagodny. Był to dla mnie ciężki czas, ale dzięki
rodzinie (brat, rodzice) i autosugestii, o której pisałem wcześniej
dawałem sobie radę. Rana powoli się zrastała, ale jednak był mały
problem, ponieważ zebrała się ropa, jednak w niedługim czasie wszystko
się unormowało. Ogólnie po ustąpieniu bólu głowy, który trwał dosyć
długo, bo około jednego tygodnia czułem się dobrze, nawet bardzo.
Rodzice przyjeżdżali do mnie w odwiedziny, tak więc samopoczucie
jeszcze bardziej mi się poprawiało.
W tym okresie po raz piąty, ale tym razem jeszcze z kolegą z
plutonu udałem się do szpitala wojskowego w Żarach. Tym razem chodziło
o komisję wojskową, która miała ustalić, jaką kategorię ma nam
przyznać. Specjalnie się nie przejmowałem tym, jaka ona będzie, bo
muszę powiedzieć, że o tą upragnioną przez wielu zmianę kategorii nie
było łatwo, a jeśli już ktoś ją dostał to przeważnie na od trzech do
dwunastu miesięcy. Przykładem może być dwóch żołnierzy, którzy mieli
to samo schorzenie, ale jednak jeden dostał „B3”, a drugi „D” tak, że
praktycznie nikt nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi.
Po krótkiej rozmowie z jednym z członków komisji udałem się jeszcze
do innego pokoju, aby skserować inne papiery potrzebne do komisji, a
po powrocie już mieć podbitą książeczkę zdrowia, do której miała być
wpisana kategoria. Lecz zanim do tego doszło pan kapitan, który miał
to zrobić miał dylemat, gdyż jak powiedział do mnie: „nie wiadomo jaki
to jest”, chodziło mu oczywiście o to, czy nowotwór jest złośliwy, czy
nie. Okazało się jednak, że otrzymałem kategorię „D”, która zwalnia
mnie z obowiązku odbycia służby wojskowej w czasie pokoju.
Ale wracając do poprzedniej myśli.
Przyszedł w końcu dzień, kiedy dostałem przepustkę (był to 20
czerwca), ponieważ przyszły wyniki i następnego dnia miałem się zjawić
na tzw. „konsultację”. Jak się okazało, nie zdążyłem na autobus, bo po
prostu nikt nie mógł mi przynieść przez cztery godziny munduru (a
przecież wojsko podobno uczy dyscypliny). Zadzwoniłem po brata, który
jak tylko wyszedł z pracy, wsiadł w samochód i wraz z tatą oraz swoją
dziewczyną przyjechał jak najszybciej mógł. Przez ten czas jeszcze z
opatrunkiem na ranie pooperacyjnej i w upale zrobiłem sobie „spacer”
około 4-5 kilometrów w kierunku drogi, którą jechał po mnie Michał.
Gdy wreszcie przyjechałem do domu, byłem bardzo szczęśliwy, gdyż była
tam moja mama, która czekała na mnie i mój bardzo kochany i bardzo
chory pies Łokuś oraz drugi - bo mieliśmy dwa, a drugim była i jest
jeszcze z nami suczka Deksia. Mimo tego, że wyniki Łokera były trochę
lepsze, niestety nie chodził on tak sprawnie jak byśmy tego chcieli,
tylne łapki miał nie do końca władne i na spacerach trzeba było
podtrzymywać jego tył np. ręcznikiem. Mimo tego, że był tak schorowany
i pokrzywdzony przez człowieka imponował mi wytrwałością i
cierpliwością i wiem, że tak jak my jego tak on nas, a może nawet i
bardziej kochał. On był chory i ja.
To moje szczęście z pobytu w domu jednak długo nie trwało. Na
następny dzień, czyli we wtorek, 21.06.2005, pojechałem do kliniki.
Był to najgorszy dzień w moim życiu. Byłem na konsultacji z
ordynatorem oddziału urologicznego, podczas której powiedział mi, że
muszę przejść chemioterapię a później operację usunięcia węzłów
chłonnych, które były dosyć mocno powiększone. Następnie miałem się
zgłosić na rozmowę z ordynatorem oddziału onkologii i to on miał teraz
pilotować moje dalsze „leczenie”. W dalszej części wytłumaczę,
dlaczego ten wyraz wyróżniłem cudzysłowem. Byłem tam z moim
tatą. Muszę powiedzieć, że ta rozmowa do najprzyjemniejszych nie
należała. Ordynator zapytał mnie, czy chcę wiedzieć, co mi jest?
Odpowiedziałem, że oczywiście chcę. Zapytał jeszcze czy chcę, żeby
przy tej rozmowie był mój tato, po czym bez zastanowienia odparłem, że
tak. Chwilę później usłyszałem wraz z tatą zdanie, które brzmiało
mniej więcej tak: „Jest to nowotwór bardzo złośliwy z bardzo wrednej
rodziny”. Muszę powiedzieć, że zrobiło mi się gorąco, ale obecność
taty pomogła mi to przetrzymać. Przez chwilę byłem trochę
sparaliżowany. Tato zapytał ordynatora, kiedy zaczynamy leczenie, na
co on dopowiedział, że natychmiast, że ma już dla mnie miejsce na
oddziale, po czym tato zadał jeszcze jedno pytanie: „Czy są inne
metody leczenia poza chemioterapią?” Usłyszeliśmy odpowiedź, że
niestety nie ma a chemia, którą dostanę, musi zadziałać na cały
organizm i że to ma powstrzymać ewentualne przerzuty. Ponownie
wszystko potoczyło się w bardzo szybkim tempie. Tak więc musiałem
zostać na onkologii jak się później okazało niepotrzebnie a tato
odjechał, ale nie pojechał do domu tylko na spotkanie ze znajomym
bioenergoterapeutą i ja tam też miałem być, ale niestety wpływ słów
lekarza zadziałał tak, że zostałem we Wrocławiu.
Jak skorzystać z wiedzy zawartej ww pełnej wersji ebooka?
Pełna publikacja, napisana przez młodego człowieka, którego zaatakował
nowotwór złośliwy, oparta w 100% na faktach i prawdziwych emocjach:
Najczęstrze
typy nowotworów:
nowotwór kości
nowotwór nerki
nowotwór skóry
nowotwór tarczycy
nowotwór wątroby
nowotwór żołądka
nowotwór jamy ustnej
Mój skuteczny sposób na reumatoidalne
zapalenie stawów i prawie wszystkie, pozornie nieuleczalne choroby.
Wiele osób szuka coraz bardziej rozpaczliwie sposobów, dzięki którym
będą mogli wyleczyć się z poważnych chorób, często uważanych za
nieuleczalne. Niestety bardzo często są zmuszeni trwać w chorobie
lecząc się bezskutecznie metodami ogólnie stosowanymi przez medycynę.
OSTROPEST PLAMISTY! Naturalny lek na zatrucia,
schorzenia wątroby, choroby wątroby. Sprzedaż Ostropestu.
Błonnik w
naturalnej żywności. Błonnik
Polski do kupienia. Błonnik w tabletkach. Dieta bogata w blonnik.
Bogate Produkty.
OPINIE O PORADNIKU - jak pokonać raka:
"Zrozumiałam, iż fakt, że ma się raka wcale nie musi być
wyrokiem i jest jak każda inna choroba. Trzeba dać szansę
organizmowi, a nie go niszczyć chemią. Dlatego ważne jest żeby
mieć silny układ immunologiczny, a do tego potrzebna jest
suplementacja, o czym lekarze już nie mówią. "
Zofia Kaczor, 52 lata
"Autor ebooka pokazał upór i wytrwałość z jaką walczył o
odzyskanie zdrowia. I chyba to jest najważniejszym przesłaniem:
nigdy się nie poddawać w walce o zdrowie. Podane alternatywne
metody leczenia raka są cenną wskazówką dla osób borykających się
z tym problemem - przełamują tabu na temat nieuleczalności tej
choroby. Polecam wszystkim zainteresowanym tą tematyką."
Małgorzata Drozd, pracuję w
prywatnej firmie e-mail: drozd_m@poczta.onet.pl
"Przeczytałem tę książkę jednym tchem. Jest niezmiernie
pouczająca i co ważniejsze, pokrywa się z moimi doświadczeniami co
do wiedzy naszej medycyny. Jest wprost żenujące jakimi ignorantami
są nasi lekarze. Jeśli chodzi o korzyści które dała mi ta książka,
no cóż, zacząłem zmieniać dietę, powoli odsuwam leki chemiczne, do
diety dołączyłem suplementy. Jak dobrze policzyć, są tańsze niż
chemia z apteki, nie wspomnę nawet o skuteczności. Już widzę
poprawę w moim zdrowiu, a dopiero zacząłem wprowadzać zmiany. Tak
między Bogiem a prawdą, jeśli cokolwiek zależy Ci na zdrowiu,
powinieneś to przeczytać. Obowiązkowo, Teraz!"
Wiesław Adamczyk, rencista, 50
lat
"Uważam, że własne doświadczenie w walce z chorobą jest często
lepszym rozwiązaniem niż sztywne trzymanie się zasad medycyny.
Takich książek powinno być więcej na rynku. Polecam ją tym, którzy
NAPRAWDĘ szukają."
Marek Skłodowski, 34 lata,
technik odnowy biologicznej
"Uzyskałam potwierdzenie, że podejmowane przez nas kroki w
walce z chorobą są właściwe. Inni idąc podobną drogą uzyskali
spodziewany rezultat. Mieliśmy również szczęście, bo chorobę
wykryto we wczesnym stadium jej rozwoju i trafiliśmy na dobrych
lekarzy, na trafne wskazówki dotyczące diety już na samym początku
drogi. Wzruszył mnie prosty język użyty w książce. Nadaje jej
bardzo intymny charakter. (...)
Jedno wiem dokładnie. Nigdy mi nie przeszkadzały stare nawyki i
poglądy tak bardzo, jak w czasie, kiedy przychodzi zmierzyć się z
taką chorobą u bliskiej osoby. Ten czas dany jest na zmiany
również otoczeniu osoby chorej. Przede wszystkim zmiany w
myśleniu, w poglądach na rolę cierpienia i bólu, w nawykach
związanych z dietą, aktywnością zawodową, sposobach komunikowania
się z otoczeniem, w precyzji określania potrzeb i wyznaczania
swojego terytorium. Można ten czas doświadczać, jako czas
głębokiego zrozumienia i bliskości."
Barbara Szumocka, mam 52 lata,
przed chorobą męża prowadziliśmy wspólnie firmę informatyczną
Strona oparta na
prawdziwych przeżyciach, Marka Kidzińskiego - który pokonał raka w 90 dni.